„Bacówka w opałach” czyli
BOBOFRUTY w GORCACH
Tak na pozór groźnie można by podsumować pierwszą w
tym roku wyprawę Bobofrutów, która odbyła się
w dniach 26-27.01.2003. w malowniczych terenach Gorczańskiego Parku
Narodowego.
W skład ekipy GŁÓWNEJ weszło
dwóch Bobofutów (dlatego, zgodnie ze Statutem Bobofrutów można oficjalnie wypad
zaliczyć do Wyjazdu Bobofrutów)- DŻANA (muzyk, szef wyprawy i główny fotograf),
SZOP (znawca terenu z racji posiadania Profesjonalnej SUPERMAPY Gorców,
stroiciel gitar); oraz dwóch Bobków (kandydatów na Bobofrutów)- Matusio (muzyk
i kucharz wyprawy; specjalność kulinarna
–Mela) oraz Yumbo (tłumacz i specjalista od nawiązywania
kontaktów z miejscową ludnością)
Znacznie większą część ekipy stanowili (bynajmniej
nie wirtualni) CZŁONKOWIE WSPIERAJĄCY (średnio po 10 puszek piwa w plecaku).
CEL GŁÓWNY WYPRAWY:
zdobycie najwyższego szczytu
Gorców- Turbacz (1310m) trudnym, południowym stokiem a następnie dotarcie do
bacówki na Gorcu Kamienickim.
CEL PONADWYMIAROWY:
wyrwanie się z szarości
codziennego miejskiego dnia, wprowadzenie w rezonans strun gitar oraz strun
głosowych i wreszcie bliższy kontakt
członków EKIPY GŁÓWNEJ z CZŁONKAMI WSPIERAJĄCYMI.
PRZEBIEG WYPRAWY:
26-go wczesnym rankiem z Dworca
Autobusowego w Krakowie członkowie ekipy głównej (poza Yumbo który jeszcze
smacznie spał) została przetransportowana „SZWAGROPOLEM” do Nowego Targu, by następnie autobusem podmiejskim dotrzeć w rejon penetracji (Kowaniec).
W trakcie podróży nastąpiła pierwsza (wstępna)
selekcja członków wspierających (średnio po 2 puszki na ryja).
Po początkowym zgubieniu szlaku (SUPERMAPA jeszcze w
plecaku Szopa) każdy z uczestników szybko złapał swój rytm
(„Blisko, blisko już schronisko”) i po ok. 2 godz. marszu zielonym szlakiem
ekipa „zaporęczowała” drogę na Turbacz, gdzie w pobliskim schronisku ( jakieś
5.24 m. od szczytu) została na ok.1.5 godz. założony OBÓZ NR 1 ( w trakcie
zakładania kolejna selekcja członków wspierających).
Kolejnym etapem było przejście ze szczytu do Bacówki,
gdzie docelowo miał być założony
OBÓZ NR 2.
Droga czerwonym szlakiem (następnie zielonym i
niebieskim) w większej części była
przetarta, ale pomimo to zajęła uczestnikom nieco więcej czasu niż wskazywały
„przyszłaczne drogowskazy” ( wpływ górskiego powietrza ,
no i oczywiście fakt
lekceważenia znaczącej roli SUPERMAPY).
Po dotarciu do celu wyprawy ( w końcu została użyta
SUPERMAPA), którym była Bacówka na
Gorcu Kamienickim, nastąpiło spotkanie członków ekipy głównej z Yumbo, który zdążył nawiązać bliższy kontakt
z przebywającą tu grupą miejscowej ludności. Po krótkiej części oficjalnej,
nastąpiła długo oczekiwana część kulinarno- kulturalna, która trwała do
wczesnych godzin rannych (należy tu wspomnieć o nieocenionej roli jaką spełnili
CZŁONKOWIE WSPIERAJĄCY oraz miejscowy tłumacz–Maziareczka).Następny dzień przywitał uczestników wyprawy wspaniałą pogodą
(niezła widoczność na Tatry) oraz bólem głowy (pierwsze oznaki choroby
wysokościowej).Po skonsumowaniu większej części dnia (byczenie się na słońcu,
ostatnie akordy gitarowe) nastąpiła(niestety) chwila powrotu do BAZY.
PODSUMOWANIE WYPRAWY:
Cel wyprawy jakim było zimowe wejście na Turbacz
został osiągnięty ( trzech członków stanęło na szczycie 26.01.2003 r).
Szczególne podziękowania dla Bobofruta
„JUDASZA” dzięki któremu bezpiecznie i
na czas wróciliśmy z wypadu, oraz dla wszystkich CZŁONKÓW WYPRAWY za stworzenie niepowtarzalnego klimatu
wyprawy.
g
Wczesne, grudniowe popołudnie.
Mglisto, mokro i ponuro. W poczekalni dworca PKP Toruń Wschodni dwóch świrów –
Kuba, zwany Silverem oraz Jacek, zwany Jackiem. Czekają na przyjazd pociągu
relacji Olsztyn – Wrocław, którym przybędzie trzeci świr – Łukasz, zwany
Satyrem…
Nie jest to bynajmniej początek
scenariusza „Lotu nad kukułczym gniazdem 2”, a pierwsze chwile wyprawy
na niebotyczną, nigdy niezdobytą zimą Orlicę, polską Czomolungmę.
Pociąg wjechał. Satyr
przezornie zajął miejsca w przedziale dla palących. Ogrzewanie dawało czadu
(jak wiadomo – zimą w polskich pociągach albo się marznie, albo poci), więc
należało schłodzić rozgrzane organizmy chłodnym nektarem, zwanym przez plebs
piwem. Aby nie było za lekko, w obieg poszedł też specjał Jackowej produkcji, o
składzie C2H5OH + SOK. I tak mijały leniwie godziny, a
Wrocław się zbliżał.
A kiedy się już zbliżył,
należało zwiedzić ten prastary, piastowski gród. O dziwo, w nocy były pozamykane
wszystkie muzea! Ale nic to! Nasza przewodniczka, znana w dolnośląskich kręgach
jako Jaqba, zaproponowała nam wariant „Wrocław by night”.
Pierwszym punktem programu był
raj dla znużonego wędrowca, a dokładnie „Czeski Raj”. W towarzystwie kilkorga
wrocławskich znajomych przez jakiś czas degustowaliśmy wyroby piwowarskie
naszych południowych sąsiadów. Tylko Silver jakoś powoli robił się silver… a
nawet grey.
Po opuszczeniu tego pięknego
miejsca (nie z własnej woli) przenieśliśmy się za ścianę, do lokalu o wiele
mówiącej nazwie „Pub 24”. Trzeba było w końcu napełnić żołądki czymś innym niż
piwo (oczywiście – „także”, a nie „zamiast”). Niestety, dla zszarzałego Silvera
było już za późno. Przez cały, kilkugodzinny pobyt w tym przybytku głównie
zajmował się rozmową z Panem Bogiem przez wielki, biały telefon, z przerwami na…
drzemkę.
A w międzyczasie, po długim
błądzeniu ulicami Wrocławia, do pubu dotarło dwóch Krakusów – Groszek
i Yumbo. Po czułych powitaniach (Kubuś nie pamięta, bo akurat drzemał) zamówiono
kolejną kolejkę. A potem kolejną… i jeszcze jedną…
Niestety, co dobre, szybko się
kończy. Po wybudzeniu Silvera z delirycznego snu całą piątką pogoniliśmy
w stronę dworca PKP. W wyniku perturbacji związanych ze zmianą rozkładu jazdy
(akurat teraz, cholera!), następną godzinę spędziliśmy na peronie (Silver
śpiąc), bo… pociąg odjechał z innego niż trzeba. Na szczęście potem nadjechał
drugi i w blaskach nadchodzącego dnia zmierzaliśmy w stronę Kłodzka. Jak łatwo
się domyślić, Kuba nadal spał.
A Kłodzko powitało nas mżawką.
Do najbliższego autobusu do Zieleńca było nieco czasu, więc należało rozejrzeć
się za jakimś napojem, dla urozmaicenia najlepiej za piwem. W przydworcowym,
malutkim barze miła pani początkowo ucieszyła się na widok pięciu spragnionych i
zgłodniałych wędrowców. Początkowo, albowiem z czasem
(i z piwem) rozkręcił się Yumbo, próbując przekonać wszystkich wokół do swoich
poglądów politycznych. W obliczu nadciągającej tragedii, Satyr i Jacek
ewakuowali się do twierdzy kłodzkiej, zostawiając plecaki pod wątpliwą opieką
pani barmanki, ostrzącej noże przed ostateczną rozprawą z dobrze już rozkręconym
Yumbem. Obskoczywszy fortyfikacje oraz podziemną trasę turystyczną (dobry bajer
nie jest zły – na bilety ulgowe!), a nawet uraczywszy się pierożkami w
ekskluzywnej restauracji, wrócili na dworzec, a tam… reszta towarzystwa
przepuściła kilka kolejnych autobusów i nadal przesiadywała w owym barze,
jedząc, pijąc i lulki paląc… no nie, akurat lulki to można wykreślić.
Wreszcie nadszedł ten moment,
że przepuszczenie kolejnego autobusu nie byłoby mądrym posunięciem. No to, jak
mawiał porucznik Borewicz – udaliśmy się. W podróży do Zieleńca towarzyszyła nam
spora grupa młodzieży
z kłodzkich szkół. Co ładniejsze dziewczęta (nieprawda, wszystkie!) Yumbo
próbował podrywać na swą elokwencję
i nietuzinkową osobowość. Jednak jedyną osobą, która zdecydowała się towarzyszyć
Yumbowi – no i siła rzeczy nam wszystkim – do samego Zieleńca, był bardzo pijany
i bardzo śmieszny starszawy jegomość, ważący chyba z 200 kilo (o czym mogliśmy
się przekonać, próbując mu pomóc w powrocie do pozycji pionowej). Kolejny popis
dał Yumbo, tym razem w rozmowie z kierowcą… ale o tym nie wspominajmy, mając na
uwadze nieletnie osoby, mogące czytać ten tekst.
Wysiedliśmy z autobusu, a tu
zima! Prawdziwa zima! W kłodzku padał deszcz, a tutaj śnieg do połowy łydek. I w
dodatku zawierucha. Krajobraz jak z powieści Londona czy Curwooda. Brakowało
tylko Szarej Wilczycy albo Białego Kła. W zadymce, po omacku dotarliśmy do
schroniska, a tam… niebo! Piwo takie, piwo siakie, grzane winko, no i
wspaniałości kuchni, którymi objadaliśmy się przez cały pobyt. Po zakwaterowaniu
się i napełnieniu żołądków (no właśnie – dawno piwa nie piliśmy) zasiedliśmy
przed telewizorem, aby podziwiać mistrza wszechwag, postrach Wszechświata,
Marcina Najmana w walce z malutkim Pudzianem.
W międzyczasie, pokonując
szalejąca za oknami śnieżną nawałnicę, do schroniska dotarł trzeci oddział
Bobofrutów w osobach Włodka, Szopa i Czarnego. Z tej okazji należało zamówić
kolejkę, a właściwie kilka kolejek… Nastąpiło zestrojenie gitar i głosów, no i
chóralne pieśni pomknęły w stronę ukrytego w mroku i śnieżycy wierzchołka
Orlicy, który zamierzaliśmy zaatakować nazajutrz.
Śpiewanie, przerywane
osuszaniem kolejnych kufli, jest czynnością na tyle męczącą, że po północy
poszliśmy wszyscy sprawdzić empirycznie miękkość tutejszych łóżek piętrowych,
zamierzając w pozycji horyzontalnej poczekać na ostatnią, jarosławską grupę
Bobofrutów.
Z objęć Morfeusza wyrwał nas
dzwonek telefonu Satyra. Jak się okazało, kilkaset kilometrów od nas doszło do
tragedii. Otóż krakowscy wędrowcy zostali wyrzuceni w Katowicach z pociągu do
Wrocławia. Początkowo przyczyną miało być picie alkoholu w pociągu, palenie,
później jazda bez biletu, ale zeznania były na tyle poplątane, że
podejrzewaliśmy nawet zamach bombowy albo próbę uprowadzenia pociągu. Negocjacje
telefoniczne trwały do późnej nocy. Cała prawda wyszła na wierzch dopiero o
świtaniu, gdy oszalały tłum w osobach Alana, Dżany, Tadka i najbardziej
rozbawionych Gwidona i Kajka pozbawił nas ostatnich minut spokojnego snu,
niezbędnego przed alpinistycznymi wyczynami.
Skoro nie można było spać,
należało się napić. Jak wiadomo, piwo beczkowe pomaga w opracowaniu wyprawy od
strony logistycznej. Naturalnie, że pomogło, bowiem kilka godzin później
zaczęliśmy wkładać na siebie wszystkie dostępne ciuchy, które miały uchronić nas
przed śmiercią z wychłodzenia w czasie zdobywania szczytu. Pierwsza
w trasę, z zadaniem przetarcia ścieżek i założenia łańcuchów, ruszyła czwórka:
Włodek, Tadek, Kajko oraz radiostacja. Następne dwie grupy nieco później.
Przedzieraliśmy się przez śnieżne zaspy, omijaliśmy góry lodowe
i staraliśmy się unikać całych stada Yeti (a może to był Janosik?).
Wreszcie, kolejno, stanęliśmy
na szczycie. Nastąpił sprawny podział obowiązków. Jedna brygada budowała maszt
radiostacji, druga prowadziła walkę o ogień, a trzecia – najliczniejsza –
sprawdzała przydatność zabranych na drogę napojów rozgrzewających. Dzięki
doskonałemu podziałowi zajęć udało się wszystko. Imponującej wysokości maszt
antenowy umożliwił Tadkowi kontakt z Kołobrzegiem, Sydney i chińską stacją
orbitalną, a sprawne zmiany przy dmuchaniu w ogień pozwoliły nam skonsumować na
ciepło wyborną dziczyznę w postaci wieprzowych parówek.
Minutowy plan wyprawy nieco
zakłócił Yumbo, który postanowił odbyć sobie dłuższy spacer wokół Orlicy.
Jedynie szybka akcja brygady ratunkowej pomogła mu uniknąć dotarcia do
Harrachova.
No i wreszcie nastąpiła ta
uroczysta i wiekopomna chwila. Odbyła się tradycyjna sztafeta, w której rolę
pałeczki spełnia butelka wybornego reńskiego wina o nazwie „Bieszczady”, a potem
nastąpiła kulminacja w postaci grupowej fotografii na samiuśkim szczycie.
Rozentuzjazmowani i podbudowani
tym niebywałym wyczynem pierwszego, zimowego zdobycia Orlicy,
ze śpiewem na ustach wracaliśmy do schroniska, aby uczcić sukces uroczystym
bankietem. Było wszystko: grzane wino, piwo, czysta, kolorowa… Do tego przysmaki
miejscowej kuchni, serwowane nam przez przemiłą obsługę.
Po podsumowaniu wyprawy, przemówieniach i toastach, znowu w przestrzeń popłynęły
chóralne śpiewy i tak płynęłyby do rana, gdyby nie zmęczenie kolejnych
zawodników i ich dyskretna ewakuacja do łóżek. Jak się łatwo domyślić, najdłużej
na posterunku wytrwał Yumbo. No, może „wytrwał” to za duże słowo, wszak był
obecny jedynie ciałem, a duchem nieco mniej…
W końcu nadszedł dzień
rozstania. Mknący z zawrotną szybkością po górskich serpentynach bus dowiózł nas
do Kłodzka. Po krótkiej wizycie w przydworcowym barze wsiedliśmy do pociągu do
Wrocławia. I tutaj każda grupa ruszyła już w swoją stronę, mając głowy pełne
niezapomnianych wrażeń, zimowych widoków i… resztek wczorajszego wieczora.
Panie Prezydencie! Meldujemy
wykonanie zadania. Orlica zdobyta!
|