BESKID MAKOWSKI   LUBOMIR 904 m n.p.m
21-22.08.2004

 

                   ..dopiero o 8:45. Ale poczekali na nas te 15 minut. W chwili gdy podeszliśmy pod dworcowego   
 globusa zza zakrętu pojawiła się pierwsza żółta, bobofrucka koszulka. To BoboDżana. Jeden z założycieli Bobofrutów. Człowiek wyglądający młodziej niż każdy z nas (pewnie przez zęby). Ale to stary dobry rocznik 70. Urodzenie  - jak 90% Bobofrutów w Jarosławiu.
Za nim dotarliśmy już do Włodka-Skripsona, Szopa, Groszka, Alana a także dwóch nieznajomych jeszcze, oczywiście "Jarosławian" - LG i Teusa.  
No to jesteśmy w komplecie - no może prawie. Monek zaginiony w akcji - groźba ogolenia jaj w trakcie poprzednio nocnej bobofruckiej wprawki spowodował jego ewakuację do Jarosławia - z powrotem 220 km. Autorzy groźby Włodek i Szop. Brakuje również jednego byłego już bobofruta który sprzedał się komercji - Matusika. Wycinanie krzaków wzdłuż torów, makdonaldy, sprajty i frugo. Smutne. Brakuje   też Ryby - zwolnionego z powodów polityczno-rodzinnych (oczekiwanie na NaRybek) a także Judasza (?). Mały wraz z Jumbem oczywiście już w trasie - walczą w Gorcach z sierpniowym śniegiem. Dotrą.
Krótka piłka i podział na trasy - część autobusem, druga fordem Alana.
                       ...10:30 już w stolicy pasma Lubomirskiego - w Pcimiu. Zakopianka, Raba, dwa zakręty        i wyłania się pierwsza stacja wraz  z fordowymi Bobofrutami - oczywiście nie próżnują lecz rozgrzewają się do dalekiej podróży - 0.7 czystej oraz 0.5 gorzkiej w akcji.  
 
Obóz wyjściowy położony zaraz obok centrum sportów ekstremalnych Pcim-Ekstrim. W ofercie bandżi dżamping    i ekstermalne hamburgery. Rozgrzani udajemy się w trasę... no może nie bezpośrednio bo przez sklep.Chleb,mleko, ziemniaki (destylowane) ogórki i do tego piwo. Szybki posiłek i bratanie się z autochtonami - w prawdzie słabo mówią po polsku, ale za to mają szczere serce. 
                   Ruszamy. ... Szóstkowe podejścia, poręczowanie, zakładanie pośrednich obozów - to wszystko mamy jednak opanowane i w trymiga docieramy do ostatniej pod szczytem bazy - schronisko Kudłacze             (za encyklopedią - uroczysko w paśmie Lubomira - piwo strzelec lane 4zł, żurek z wkładką 7zł, przechowalnia teleskopów). Tu koniecznie należy odpocząć i poczekać. Ogromny wysiłek jaki towarzyszył podejściu nie zostaje  bez śladu. Pierwszy wyszedł Włodek. On także pierwszy rozpoczął przygotowania do bulionu. Przepis: dwa rosołki, cebla, pomidory, tajemnicze jakieś składniki i makaron z chińskich zupek. Wszystko zagotować, wypić ze dwa-trzy piwa około 10 fajek i gotowe do spożycia. Żeby podkładzik z takiej Zupy nie może się jednak zmarnować -        tu nastąpiło małe spożycie ziemniaków destylowanych oraz małe co nieco na żołądek (gorzkie). Pojawia się grupa atakująca ze strony Gorców - Jumbo i Mały. Wyjątkowo bez goreteksu ale za to z pasemkami i nowymi szantami - to Mały. Jumbo jakby szczuplejszy, przystojniejszy ... jakieś kierownicze rysy na jego twarzy, odpowiedzialność,  3 tys miesięcznie, służbowy samochód, komórka. Dobrze, że miał mundur na sobie....  
Jest ciężko pojawiły się pierwsze problemy - Dżana ma chyba chorobę wysokościową - powoli traci przytomność.  To chyba wynik zbyt szybkiego podejścia do bazy. Włodek też słabnie  obniżona gęstość powietrza powoduje dużą senność - na szczęście jego wierny towarzysz Szop ratuje go ogrzewając własnym ciałem (przyp. aut. chyba że robili tam coś innego na tych resztkach karimaty). Godzina 18 - Bobofruty to nie przelewki - cel jest jeden - Lubomir 904 m n.p.m. (czytaj: 912). Legendarny szczyt -legendarna ekipa. Warunki niełatwe - widoczność zaburzona, trzęsienia ziemi i ruchy płyty tektonicznej - przyciąganie ziemskie silniejsze niż zwykle. Z początku razem potem podzieleni na ekipy - część zaczyna szczytownie wcześniej część walczy we własnym tempie 
                       ... Nie jesteśmy sami - pojawia się mała grupa samobójców - albopraglajterów - nie pamiętam dokładnie. Jedno jest pewne - nie reagują  na pozytywne zaczepki Włodka. Są chyba posrani i nerwowi. Rezygnują jednak ze zdobywania szczytu    (chyba nie taki był ich cel ?) - zostajemy sami. W czołówce walka Marco z Jumbem. Nie ma lekko - próbują wpisać się jako pierwsi zdobywcy. Ponoć rozpętała się walka, w której Jumbo traci nogę - otwarte skręcenie z przemieszczeniem. Dociera jednak drugi. Pierwszy szczytuje Marco - jest 19:30. W ciągu chwil paru dociera reszta Bobofrutów. Potwierdzenie zdobycia na nośnikach cyfrowych (do wglądu komisji bobofruckich). Wszystko pięknie lecz trzeba jakoś ratować nogę Jumba - na szczęście Mały ma XXL. Problem z głowy ...z nogi. Lubomir zdobyty! 
                 ... Nocne zejście za nami. Emocje powoli opadają ... promile rosną. Pozostaje całonocne planowanie następnej wyprawy co również nie jest łatwym wyzwaniem.
----

Lista obecności
Alan
Dżana
Groszek
Jumbo
LG
Mały  (rekord życiowy 38cm!)
Marco
Włodek
Szop
Teus
Ja - czyli czarny


Bacówka w opałach czyli BOBOFRUTY w GORCACH  

 

Tak na pozór groźnie można by podsumować pierwszą w tym roku wyprawę Bobofrutów, która odbyła się   w dniach 26-27.01.2003. w malowniczych terenach Gorczańskiego Parku Narodowego.

W skład ekipy GŁÓWNEJ weszło dwóch Bobofutów (dlatego, zgodnie ze Statutem Bobofrutów można oficjalnie wypad zaliczyć do Wyjazdu Bobofrutów)- DŻANA (muzyk, szef wyprawy i główny fotograf), SZOP (znawca terenu z racji posiadania Profesjonalnej SUPERMAPY Gorców, stroiciel gitar); oraz dwóch Bobków (kandydatów na Bobofrutów)- Matusio (muzyk i kucharz wyprawy; specjalność  kulinarna –Mela) oraz Yumbo  (tłumacz i specjalista od nawiązywania kontaktów z miejscową ludnością)
Znacznie większą część ekipy stanowili (bynajmniej nie wirtualni) CZŁONKOWIE WSPIERAJĄCY (średnio po 10 puszek piwa w plecaku).

CEL GŁÓWNY WYPRAWY
:  

zdobycie najwyższego szczytu Gorców- Turbacz (1310m) trudnym, południowym stokiem a następnie dotarcie do bacówki na Gorcu Kamienickim.

CEL PONADWYMIAROWY: 

 wyrwanie się z szarości codziennego miejskiego dnia, wprowadzenie w rezonans strun gitar oraz strun głosowych     i wreszcie bliższy kontakt członków EKIPY GŁÓWNEJ z CZŁONKAMI WSPIERAJĄCYMI.

PRZEBIEG WYPRAWY

 26-go wczesnym rankiem z Dworca Autobusowego w Krakowie członkowie ekipy głównej (poza Yumbo który jeszcze smacznie spał) została przetransportowana „SZWAGROPOLEM” do  Nowego Targu, by  następnie autobusem podmiejskim dotrzeć w rejon penetracji (Kowaniec).
W trakcie podróży nastąpiła pierwsza (wstępna) selekcja członków wspierających (średnio po 2 puszki na ryja).
Po początkowym zgubieniu szlaku (SUPERMAPA jeszcze w plecaku Szopa)  każdy z  uczestników szybko złapał swój rytm („Blisko, blisko już schronisko”) i po ok. 2 godz. marszu zielonym szlakiem ekipa „zaporęczowała” drogę na Turbacz, gdzie w pobliskim schronisku ( jakieś 5.24 m. od szczytu) została na ok.1.5 godz. założony OBÓZ NR 1  ( w trakcie zakładania kolejna selekcja członków wspierających).
Kolejnym etapem  było przejście ze szczytu do Bacówki,  gdzie docelowo miał być  założony OBÓZ NR 2.
Droga czerwonym szlakiem (następnie zielonym i niebieskim) w  większej części była przetarta, ale pomimo to zajęła uczestnikom nieco więcej czasu niż wskazywały „przyszłaczne drogowskazy” ( wpływ górskiego powietrza ,           no i oczywiście fakt lekceważenia znaczącej roli SUPERMAPY).

Po dotarciu do celu wyprawy ( w końcu została użyta SUPERMAPA), którym była  Bacówka na Gorcu Kamienickim, nastąpiło spotkanie członków ekipy głównej z  Yumbo, który zdążył nawiązać bliższy kontakt z przebywającą tu grupą miejscowej ludności. Po krótkiej części oficjalnej, nastąpiła długo oczekiwana część kulinarno- kulturalna, która trwała do wczesnych godzin rannych (należy tu wspomnieć o nieocenionej roli jaką spełnili CZŁONKOWIE  WSPIERAJĄCY oraz miejscowy tłumacz–Maziareczka).Następny dzień przywitał uczestników wyprawy wspaniałą pogodą (niezła widoczność na Tatry) oraz bólem głowy (pierwsze oznaki choroby wysokościowej).Po skonsumowaniu większej części dnia (byczenie się na słońcu, ostatnie akordy gitarowe) nastąpiła(niestety) chwila powrotu do BAZY.
PODSUMOWANIE WYPRAWY:

Cel wyprawy jakim było zimowe wejście na Turbacz został osiągnięty ( trzech członków stanęło na szczycie 26.01.2003 r).
Szczególne podziękowania dla Bobofruta „JUDASZA”  dzięki któremu bezpiecznie i na czas wróciliśmy z wypadu, oraz dla  wszystkich CZŁONKÓW WYPRAWY za stworzenie niepowtarzalnego klimatu wyprawy.


g

 

Wczesne, grudniowe popołudnie. Mglisto, mokro i ponuro. W poczekalni dworca PKP Toruń Wschodni dwóch świrów – Kuba, zwany Silverem oraz Jacek, zwany Jackiem. Czekają na przyjazd pociągu relacji Olsztyn – Wrocław, którym przybędzie trzeci świr – Łukasz, zwany Satyrem…

Nie jest to bynajmniej początek scenariusza „Lotu nad kukułczym gniazdem 2”, a pierwsze chwile wyprawy
na niebotyczną, nigdy niezdobytą zimą Orlicę, polską Czomolungmę.

Pociąg wjechał. Satyr przezornie zajął miejsca w przedziale dla palących. Ogrzewanie  dawało czadu
(jak wiadomo – zimą w polskich pociągach albo się marznie, albo poci), więc należało schłodzić rozgrzane organizmy chłodnym nektarem, zwanym przez plebs piwem. Aby nie było za lekko, w obieg poszedł też specjał Jackowej produkcji, o składzie C2H5OH + SOK. I tak mijały leniwie godziny, a Wrocław się zbliżał.

A kiedy się już zbliżył, należało zwiedzić ten prastary, piastowski gród. O dziwo, w nocy były pozamykane wszystkie muzea! Ale nic to! Nasza przewodniczka, znana w dolnośląskich kręgach jako Jaqba, zaproponowała nam wariant „Wrocław by night”.

Pierwszym punktem programu był raj dla znużonego wędrowca, a dokładnie „Czeski Raj”. W towarzystwie kilkorga wrocławskich znajomych przez jakiś czas degustowaliśmy wyroby piwowarskie naszych południowych sąsiadów. Tylko Silver jakoś powoli robił się silver… a nawet grey.

Po opuszczeniu tego pięknego miejsca (nie z własnej woli) przenieśliśmy się za ścianę, do lokalu o wiele mówiącej nazwie „Pub 24”. Trzeba było w końcu napełnić żołądki czymś innym niż piwo (oczywiście – „także”, a nie „zamiast”). Niestety, dla zszarzałego Silvera było już za późno. Przez cały, kilkugodzinny pobyt w tym przybytku głównie zajmował się rozmową z Panem Bogiem przez wielki, biały telefon, z przerwami na… drzemkę.

A w międzyczasie, po długim błądzeniu ulicami Wrocławia, do pubu dotarło dwóch Krakusów – Groszek
i Yumbo. Po czułych powitaniach (Kubuś nie pamięta, bo akurat drzemał) zamówiono kolejną kolejkę. A potem kolejną… i jeszcze jedną…

Niestety, co dobre, szybko się kończy. Po wybudzeniu Silvera z delirycznego snu całą piątką pogoniliśmy
w stronę dworca PKP. W wyniku perturbacji związanych ze zmianą rozkładu jazdy (akurat teraz, cholera!), następną godzinę spędziliśmy na peronie (Silver śpiąc), bo… pociąg odjechał z innego niż trzeba. Na szczęście potem nadjechał drugi i w blaskach nadchodzącego dnia zmierzaliśmy w stronę Kłodzka. Jak łatwo się domyślić, Kuba nadal spał.

A Kłodzko powitało nas mżawką. Do najbliższego autobusu do Zieleńca było nieco czasu, więc należało rozejrzeć się za jakimś napojem, dla urozmaicenia najlepiej za piwem. W przydworcowym, malutkim barze miła pani początkowo ucieszyła się na widok pięciu spragnionych i zgłodniałych wędrowców. Początkowo, albowiem z czasem
(i z piwem) rozkręcił się Yumbo, próbując przekonać wszystkich wokół do swoich poglądów politycznych. W obliczu nadciągającej tragedii, Satyr i Jacek ewakuowali się do twierdzy kłodzkiej, zostawiając plecaki pod wątpliwą opieką pani barmanki, ostrzącej noże przed ostateczną rozprawą z dobrze już rozkręconym Yumbem. Obskoczywszy fortyfikacje oraz podziemną trasę turystyczną (dobry bajer nie jest zły – na bilety ulgowe!), a nawet uraczywszy się pierożkami w ekskluzywnej restauracji, wrócili na dworzec, a tam… reszta towarzystwa przepuściła kilka kolejnych autobusów i nadal przesiadywała w owym barze, jedząc, pijąc i lulki paląc… no nie, akurat lulki to można wykreślić.

Wreszcie nadszedł ten moment, że przepuszczenie kolejnego autobusu nie byłoby mądrym posunięciem. No to, jak mawiał porucznik Borewicz – udaliśmy się. W podróży do Zieleńca towarzyszyła nam spora grupa młodzieży
z kłodzkich szkół. Co ładniejsze dziewczęta (nieprawda, wszystkie!) Yumbo próbował podrywać na swą elokwencję
i nietuzinkową osobowość. Jednak jedyną osobą, która zdecydowała się towarzyszyć Yumbowi – no i siła rzeczy nam wszystkim – do samego Zieleńca, był bardzo pijany i bardzo śmieszny starszawy jegomość, ważący chyba z 200 kilo (o czym mogliśmy się przekonać, próbując mu pomóc w powrocie do pozycji pionowej). Kolejny popis dał Yumbo, tym razem w rozmowie z kierowcą… ale o tym nie wspominajmy, mając na uwadze nieletnie osoby, mogące czytać ten tekst.

Wysiedliśmy z autobusu, a tu zima! Prawdziwa zima! W kłodzku padał deszcz, a tutaj śnieg do połowy łydek. I w dodatku zawierucha. Krajobraz jak z powieści Londona czy Curwooda. Brakowało tylko Szarej Wilczycy albo Białego Kła. W zadymce, po omacku dotarliśmy do schroniska, a tam… niebo! Piwo takie, piwo siakie, grzane winko, no i wspaniałości kuchni, którymi objadaliśmy się przez cały pobyt. Po zakwaterowaniu się i napełnieniu żołądków (no właśnie – dawno piwa nie piliśmy) zasiedliśmy przed telewizorem, aby podziwiać mistrza wszechwag, postrach Wszechświata, Marcina Najmana w walce z malutkim Pudzianem.

W międzyczasie, pokonując szalejąca za oknami śnieżną nawałnicę, do schroniska dotarł trzeci oddział Bobofrutów w osobach Włodka, Szopa i Czarnego. Z tej okazji należało zamówić kolejkę, a właściwie kilka kolejek… Nastąpiło zestrojenie gitar i głosów, no i chóralne pieśni pomknęły w stronę ukrytego w mroku i śnieżycy wierzchołka Orlicy, który zamierzaliśmy zaatakować nazajutrz.

Śpiewanie, przerywane osuszaniem kolejnych kufli, jest czynnością na tyle męczącą, że po północy poszliśmy wszyscy sprawdzić empirycznie miękkość tutejszych łóżek piętrowych, zamierzając w pozycji horyzontalnej poczekać na ostatnią, jarosławską grupę Bobofrutów.

Z objęć Morfeusza wyrwał nas dzwonek telefonu Satyra. Jak się okazało, kilkaset kilometrów od nas doszło do tragedii. Otóż krakowscy wędrowcy zostali wyrzuceni w Katowicach z pociągu do Wrocławia. Początkowo przyczyną miało być picie alkoholu w pociągu, palenie, później jazda bez biletu, ale zeznania były na tyle poplątane, że podejrzewaliśmy nawet zamach bombowy albo próbę uprowadzenia pociągu. Negocjacje telefoniczne trwały do późnej nocy. Cała prawda wyszła na wierzch dopiero o świtaniu, gdy oszalały tłum w osobach Alana, Dżany, Tadka i najbardziej rozbawionych Gwidona i Kajka pozbawił nas ostatnich minut spokojnego snu, niezbędnego przed alpinistycznymi wyczynami.

Skoro nie można było spać, należało się napić. Jak wiadomo, piwo beczkowe pomaga w opracowaniu wyprawy od strony logistycznej. Naturalnie, że pomogło, bowiem kilka godzin później zaczęliśmy wkładać na siebie wszystkie dostępne ciuchy, które miały uchronić nas przed śmiercią z wychłodzenia w czasie zdobywania szczytu. Pierwsza
w trasę, z zadaniem przetarcia ścieżek i założenia łańcuchów, ruszyła czwórka: Włodek, Tadek, Kajko oraz radiostacja. Następne dwie grupy nieco później. Przedzieraliśmy się przez śnieżne zaspy, omijaliśmy góry lodowe
i staraliśmy się unikać całych stada Yeti (a może to był Janosik?).

Wreszcie, kolejno, stanęliśmy na szczycie. Nastąpił sprawny podział obowiązków. Jedna brygada budowała maszt radiostacji, druga prowadziła walkę o ogień, a trzecia – najliczniejsza – sprawdzała przydatność zabranych na drogę napojów rozgrzewających. Dzięki doskonałemu podziałowi zajęć udało się wszystko. Imponującej wysokości maszt antenowy umożliwił Tadkowi kontakt z Kołobrzegiem, Sydney i chińską stacją orbitalną, a sprawne zmiany przy dmuchaniu w ogień pozwoliły nam skonsumować na ciepło wyborną dziczyznę w postaci wieprzowych parówek.

Minutowy plan wyprawy nieco zakłócił Yumbo, który postanowił odbyć sobie dłuższy spacer wokół Orlicy. Jedynie szybka akcja brygady ratunkowej pomogła mu uniknąć dotarcia do Harrachova.

No i wreszcie nastąpiła ta uroczysta i wiekopomna chwila. Odbyła się tradycyjna sztafeta, w której rolę pałeczki spełnia butelka wybornego reńskiego wina o nazwie „Bieszczady”, a potem nastąpiła kulminacja w postaci grupowej fotografii na samiuśkim szczycie.

Rozentuzjazmowani i podbudowani tym niebywałym wyczynem pierwszego, zimowego zdobycia Orlicy,
ze śpiewem na ustach wracaliśmy do schroniska, aby uczcić sukces uroczystym bankietem. Było wszystko: grzane wino, piwo, czysta, kolorowa… Do tego przysmaki miejscowej kuchni, serwowane nam przez przemiłą obsługę.
Po podsumowaniu wyprawy, przemówieniach i toastach, znowu w przestrzeń popłynęły chóralne śpiewy i tak płynęłyby do rana, gdyby nie zmęczenie kolejnych zawodników i ich dyskretna ewakuacja do łóżek. Jak się łatwo domyślić, najdłużej na posterunku wytrwał Yumbo. No, może „wytrwał” to za duże słowo, wszak był obecny jedynie ciałem, a duchem nieco mniej…

W końcu nadszedł dzień rozstania. Mknący z zawrotną szybkością po górskich serpentynach bus dowiózł nas do Kłodzka. Po krótkiej wizycie w przydworcowym barze wsiedliśmy do pociągu do Wrocławia. I tutaj każda grupa ruszyła już w swoją stronę, mając głowy pełne niezapomnianych wrażeń, zimowych widoków i… resztek wczorajszego wieczora.

Panie Prezydencie! Meldujemy wykonanie zadania. Orlica zdobyta!